Jak wygląda współpraca z architektem wnętrz? 3 najpopularniejsze mity!

Jak wygląda współpraca z architektem wnętrz?

Najczęstsze wątpliwości inwestora dotyczą tego jak wygląda współpraca z architektem wnętrz. Czasem zastanawiam się czy istnieje drugi taki zawód na świecie, który byłby tak skrajnie postrzegany przez klientów jak Architekt Wnętrz. Z jednej strony projektant traktowany jest jak wyrocznia w kwestiach doboru materiałów, kompozycji kolorów, rozmieszczeniu przestrzennym, a z drugiej sprowadzany do roli przerysowacza pomysłów inwestora na papier. W mnogości ofert biur projektowych ciężko czasem się połapać i zrozumieć jak wygląda współpraca z architektem wnętrz.

Za tę sytuację odpowiedzialne są dwie rzeczy.

O pierwszej możecie przeczytać w poście (ZOBACZ:–> Zepsuj sobie rynek), w którym pisałam dlaczego już niedługo architekci będą pracować za darmo. Potwierdzeniem tego był ostatni komentarz do wpisu Ile kosztuje projekt?, w którym Miki napisała, że:

„NO TO MOŻE WYPOWIEM SIĘ OD STRONY KLIENTA. PROJEKT MIESZKANIA (WIZUALIZACJE 3D) DOSTAŁAM ZA 100ZŁ OD POMIESZCZENIA BO PROJEKTANT ROBIŁ SOBIE PORTFOLIO. BYŁAM WYSTARCZAJĄCO ZADOWOLONA. POTRZEBNY BYŁ MI PROJEKT KONCEPCYJNY NA POTRZEBY ROZMÓW ARANŻACYJNYCH Z DEWELOPEREM. KAFELKI I FARBY DOBRAŁAM SOBIE SAMA. DOKŁADNY PROJEKT MEBLI CZY ROZMIESZCZENIA KAFLI W ŁAZIENCE I KUCHNI DOSTAŁAM ZA DARMO PRZY ZAKUPIE KAFLI I MEBLI KUCHENNYCH. OBECNIE SZUKAM PROJEKTANTA WNĘTRZ DLA CZŁONKA RODZINY I JAK WIDZĘ CENĘ 50 ZŁ/M2 TO NAWET NIE ZAGLĄDAM DO PORTFOLIO, BO MNIE NA TO NIE STAĆ. POSZUKAM STUDENTA. PROSTE.”

Gratuluje odwagi, podziwiam szczerość i trochę współczuje takiego podejścia. Ale też trudno się dziwić, skoro w internecie pełno ogłoszeń zdesperowanych architektów, którzy wyprzedają swoją pracę jak pożyczki-chwilówki.

Druga sprawa to fakt, że jeszcze bardzo często pomoc architekta w urządzaniu mieszkania traktowana jest jako usługa dla wybranych, zbędna fanaberia czy niepotrzebny wydatek. Czy może być jeszcze skrajniej kiedy do jednego worka włożymy projektanta z marketu budowlanego i drogie biuro projektowe? Jak będąc klientem poważnie traktować architekta z ogromnym dorobkiem projektowym, kiedy tuż za rogiem czeka projektant dorzucony gratis do mebli czy płytek? Sytuacja staje się absurdalna jak widok Pani Premier na paradzie techno.

ZOBACZ TEŻ:–> Ile kosztuje projekt aranżacji wnętrz? Jakie są stawki architektów?

Więc jak wygląda współpraca z architektem wnętrz? Jakie są najczęstsze obawy inwestora? Pora rozprawić się raz na zawsze z mitami na ten temat.

1. BĘDZIE DROGO!

Przekonanie, że usługi projektowe są drogie i wykraczają poza możliwości pospolitego Kowalskiego utarło się jak piana z białek na bezę. Prawda jest taka, że już dawno przestały być dobrem luksusowym. Są dziś tak samo dostępne i konieczne jak depilacja laserowa przed wakacjami. Nieraz spotykałam się z obawami przyszłych klientów, którzy na sugestię, że przydałaby im się pomoc architekta reagowali klasycznym „Nie stać nas na to”. Czy zaprojektowanie mieszkania jest drogie? A ile jesteś w stanie zapłacić za pewność, że każda wydana złotówka, którą zainwestujesz w mieszkanie będzie ulokowana dokładnie w to co jest niezbędne? Czy stać Cię na burzenie i dostawianie ścian zgodnie z wizją z jaką aktualnie się obudziłeś? Czy naprawdę musisz znać się na tych wszystkich instalacjach, przyłączach, odległościach, wymiarach, pomiarach, domiarach i wziąć za to odpowiedzialność? I w końcu czy jesteś w stanie zapłacić za projekt nawet kosztem dobrej jakościowo skórzanej sofy, wiedząc że gdy w końcu przyjdzie pora ją kupić będzie dokładnie taka jak potrzebujesz?

BĘDZIE DROGO? NIE BĘDZIE, BO: Projektowanie przestało być usługą dla wybranych (na szczęście!). Jeśli odrzucisz absurdalnie drogie biura i desperacko tanich pseudo-architektów znajdziesz po środku liczną grupę fachowców. I tylko kilku z nich wciąż nosi czarne golfy i ma kota. 

2. BĘDZIE DŁUGO!

Umówmy się, że moment kiedy Pan Wiesiu zaczyna rozrabiać klej pod płytki nie jest najlepszym czasem by zacząć szukać architekta. Praca pod presją czasu jest pożądana w korporacji na Służewcu, ale nie w projektowaniu. Ile więc trwa wykonanie pełnej dokumentacji? A jak długo trwa wybranie wymarzonego samochodu albo odpowiedniej sukienki na ślub przyjaciółki? Czasem może udać się to za pierwszym podejściem, czasem chodzi się za nią dwa miesiące by ostatecznie pójść w tym co ma się w szafie. Czynnikiem, który decyduje o czasie trwania współpracy z architektem jest przeważnie klient i jego decyzyjność.  Pamiętam projekty, które kończyłam w trzy tygodnie, ale też takie, które ciągnęły się jak guma we włosach.

BĘDZIE DŁUGO? NIE BĘDZIE, BO: Naprawdę niewielu architektów stać na rozciąganie projektów w czasie. Jeśli projekt kosztuje (przykładowo) 5 000 zł i projektant zrobi go w miesiąc to zarobi 5 000 zł miesięcznie. Jeśli ten sam projekt skończy po 5 miesiącach to średnia wychodzi znacznie skromniej.

3. BĘDZIE INACZEJ NIŻ CHCĘ!

Ostateczną obawą przed rozpoczęciem pracy z architektem jest wizja mieszkania, która nie do końca zgadza się z oczekiwaniami klienta. Inwestor oczami wyobraźni widzi już podwieszone do sufitu łańcuchy, wysmarowane ściany czarną jak sadza farbą i niepokojąco migającą na czerwono lampkę nocną podczas gdy poprosił tylko o lekko industrialny charakter wnętrza. Co może być bardziej odstraszającego niż wizja wydanych pieniędzy, poświęconego czasu na uzgadnianie szczegółów projektu aby w rezultacie otrzymać karykaturę naszych wyobrażeń. To jakby poprosić fryzjera o „Beach waves” a otrzymać trwałą ondulację (co same w sobie brzmi jakby kogoś wykastrowali).

BĘDZIE INACZEJ NIŻ CHCĘ? NIE BĘDZIE, BO: Jedyną wartościową rekomendacją jest zadowolony klient. I żaden architekt nie strzeli sobie z procy w kolano, żeby udowadniać wyższość świąt i za wszelką cenę narzucać swoją wizję.  Wyjątkiem jest sytuacja kiedy klient sam daje wolną rękę na aranżację mieszkania lub nie do końca wie jak miałoby ono wyglądać. Albo gwałci poczucie estetyki w sposób, który można byłoby podciągnąć pod jakiś paragraf. 

 

Powyższy wpis pokazuje dokładnie jak wygląda współpraca z architektem wnętrz i to, że naprawdę nie ma się czego obawiać :)


JEŚLI PODOBAŁ CI SIĘ TEN POST, UWAŻASZ ŻE BYŁ PRZYDATNY, ZABAWNY LUB WARTOŚCIOWY- PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ W KOMENTARZU I UDOSTĘPNIJ GO SWOIM ZNAJOMYM. NIECH IDZIE W ŚWIAT I ŚCIĄGNIE TU WIĘCEJ FAJNYCH LUDZI- TAKICH JAK TY!

You may also like

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Miałam podobną sytuację, tylko ze stałym zleceniodawcą. O dziwo!
    Zapytał o wycenę inwentaryzacji kamienicy, po konsultacji z Olą podałam, a on odpowiedział, że studenci zrobią taniej… Z resztą pisałam już o tym, dlaczego nie będziemy więcej zarabiać ;)

    Co do pkt 1: Tak, będzie drogo, jeśli klient wiąż będzie wydziwiać, zmieniać i tworzyć wizję 37 wersji tego samego kibelka 1,5 x 1,5m.
    Co do pkt 2: Tak, będzie długo. Powód – patrz wyżej.
    Co do pkt 3: Tak, będzie inaczej, jeśli killjent nie powie czego tak naprawdę chce. Czasami zdarzają się tacy na jednej z grup architektonicznych na FB. Wrzucają fragment otrzymanego projektu i zadają pytanie czy to fajne. No, cycki opadają.

    Dołożyła bym jeszcze pkt. 4: Killjent powinien się obawiać, że przed zakończeniem projektu, projektant skończy w milusim białym ciasnym kaftaniku. Tylko, że to już nie mit, lecz bliższa lub dalsza przyszłość.
    Odczytałam ją z zupki chińskiej ;)

  • Jak mnie boli nerka, ide do lekarza. Jak padnie katalizator w aucie, lecę do warsztatu. Jak znam sie na wszytskim tak jak każdy Polak, to bede miec kicz w mieszkaniu a nie swoje wymarzone cztery katy (bo po co mi Architekt).
    Tylko nikt nigdy nie policzy ilu błędów i to kosztownych nie popełnię bo mam Dobry Projekt

  • Fakt, że a robota i wkład jest niedoceniany wynika z tego, że:
    1. Klient nie wie i nie musi wiedzieć ile to zajmuje czasu.
    2. Sporo tego czasu zajmują sprawy, które klient ma w głowie i nie chce/nie umie się podzielić
    3. Umówmy się, przeciętny człowiek może się obejść bez architekta, bo ma znacznie większe granice tolerancji i naprawdę nie widzi niedociągnięć, błędów, wpadek a nawet jak widzi to racjonalizuje je, wierzy Wiesiowi, który mówi, że nie dało się inaczej. Wierzy sprzedawcom w sklepach, że to jest dobre/modne/wszyscy biorą. Po remoncie to on i owszem czuje, że się narobił, namyślał, może stracił za dużo kasy, się pomylił wyobrażając sobie, że jego pomysł da lepszy efekt. Ale… to na ogół on wie po temacie. Przed remontem wierzy w siły swoje i wsparcie budowlańców, sprzedawców i doradców projektantów ze sklepów płytkowych i meblowych. I to wcale nie znaczy, że oni się nie znają. Tylko, że każdy inaczej może rozumieć koncepcję (o ile w ogóle ona jest i o ile w ogóle da się ją zrozumieć), ale też reprezentuje przede wszystkim interes własny a nie klienta, a przy tym nie ponosi odpowiedzialności za efekt. I przede wszystkim brak w tym synchronizacji.

    Ostatnio nagminnie spotykają mnie takie sytuacje, gdzie ktoś opowiada mi jak sobie poradził bez pomocy. Dla mnie to nie nowość, przecież całe lata radziliśmy sobie sami i “jakoś” wychodziło. Raczej upatrywałabym tu pozytywnych aspektów, że zawód się popularyzuje i to raczej ten co nie korzysta z pomocy będzie stawał się wyjątkiem a nie na odwrót. Może już tak się ci samosie czują?

  • Jeśli architekt musi ogłaszać się na portalach to nie dziwi mnie, że bierze mało, lub projektuje “za portfolio” – oznacza to, że nie ma pracy…. jeśli architekt nie ma pracy to albo nie ma żadnego doświadczenia, albo jest kiepski więc praca z nim może być bardzo ryzykowna… no oczywiście poza drobnymi wyjątkami takimi jak powrót z zagranicy, czy długiej hospitalizacji….
    Takie są moje doświadczenia.

  • Nie zgadzam się z pkt. 2. Polską plagą jest ciągnięcie kilku srok za ogon. Architekt nie chce żyć z 5k/mc. Chce żyć z 15. A to oznacza, że wykonanie projektu rozciąga się niemiłosiernie. Nie spotkałem się z projektem, który nie jest wykonawczo “drogi”, aby został ukończony o czasie. Architekt zatem nie gwarantuje niczego. Nawet tego, że jest architektem. To poważny zawód.

    • Zygmuncie, nie wiem jak wielu znasz architektów ani z perspektywy której strony ich oceniasz (wykonawca, klient?) ale uwierz mi ze “ciągniecie kilku srok za ogon” jest domena tylko osób początkujących w tej branży lub na tyle słabych, ze wiedza ze ich czas zaraz minie. Żaden szanujący sie i myślący przyszłościowo architekt nie narazi na szwank swojej opinii dla dodatkowego zlecenia. Nie wspominając o zdrowiu psychicznym i chwili relaksu.

  • Fajny tekst, jak zwykle w punkt. Ja jednak jestem za tym aby odrozniac “architekta” od architekta wnetrz :) Wystarczy wejsc na wikipedie (najmniej wymagajaca opcja) i przeczytac definicje samego słowa ARCHITEKT. Nie istnieje pojecie architekt wnetrz, architekt systemu operacyjnego. Tytułowanie się architektem powinno być w Polsce prawnie chronione tak jak to jest w wielu innych krajach. Nie raz spotkałem sie z sytuacją gdzie do technika budowlanego klient zwraca się Panie Architekcie :/ :/ :/

    • Rozumiem oburzenie architektów, którzy prawo do tego tytułu przypisują tylko urbanistom po studiach. Tez dostaje gęsiej skorki widząc szyldy Atelier Fryzur, Galeria Paznokci czy Salon Smaku. Ale w branży tak pokrewnej jak architektura wnętrz czy krajobrazu, które de facto zajmują sie tematami budynków i otoczenia wokół, uważam ze miano “architekta” nalezy sie w 100% absolwentom tych kierunków. To tak jakby odmówić prawa do nazywania sie lekarzami stomatologii czy lekarzami weterynarii osób, które nie do końca lecza popularne przypadłości u ludzi.

      • Witam.
        Nie do końca się zgodzę z tą argumentacją. Zarówno tytuł architekta, architekta krajobrazu czy lekarza, lekarza stomatologii oraz lekarza weterynarii to zawody tzw. chronione przez polskie prawo. Są to tytuły nawadawne państwowe wyższe uczelnie (Uchwała Nr 243/2007 Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego z dnia 13 grudnia 2007 r.) i Rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w sprawie rodzajów tytułów zawodowych.

        To nie jest tak, że architekci krajobrazu czy lekarze stomatologii tytułują się architektami krajobrazu bądź lekarzami stomatologii (zwrot lekarz jesy jiz forma skrótową) bo mają takie “widzi mi się”, albo że chcą sobie dodać przez to prestiżu. Tytułują się tak, ponieważ taki tytuł otrzymali kończąc edukację wyższą. Taki tytuł widnieje również na ich dyplomie.

        Natomiast w przypadku “architektów” wnętrz sprawa wygląda już nieco inaczej, ponieważ formalnie nie ma w Polsce takiego tytułu. Moim zdaniem jest to nadużycie i niestety ale wprowadzanie rowniez klientów w błąd (chociażby taki mówiący o naszym wykształceniu ale i nie tylko).

        Ja osobiście uważam, że osoby zdobywając wykształcenie powinni tytułować się zgodnie z nim. Proszę sobie wyobrazić fizjoterapeutę, który mówiły o sobie lekarz fizjoterapii (akurat taka specjalizacja w PL występuje, ale np. w Niemczech juz od dawna jej nie ma), ale mówię teoretycznie. Skończyłeś fizjoterapię to jesteś mgr fizjoterapii w skrócie fizjoterapeutą. I proszę sobie nagle wyobrazic, że fizjoterpeuci nagle tytułują się w Niemczech jako lekarze fizjoterapii. Nie do pomyslenia prawda? Tak samo mgr prawa nie może się nazwać prawnikiem, bo do potrzebna aplikacja. W Polsce jesteśmy przyzwyczajenie do określenia “architekt wnętrz”, bo tak się utarło, jednak niestety jest to ogromnym nadużyciem.

        Nie chce tu nikogo obrażać, ale uważam że mówienie o sobie projektant wnętrz nie jest żadną ujmą.

        • Oczywiście, ze mówienie o sobie projekt wnętrz nie jest żadna ujma, nie popadajmy w przesadę. Czy jeśli zatem w polskim prawie pojawiłby sie termin “architekt wnętrz” nagle tysiące absolwentów tego kierunku zyskałoby prawo tytułować sie w tej sposób? Bo z tego co zrozumiałam z powyższych przykładów to w tym jest “problem”.
          A swoją droga, pytanie poza konkursem, co takiego złego wynika z tytułowania sie per architekt wnętrz?

          • Odpowiadając na Twoje pytanie brzmi TAK. Jeśli taki tytuł się pojawi, to nie ma problemu aby go używać, będzie się to na pewno także wiązało ze zmianą programu nauczania na uczelniach wyższych takich ja np. ASP. W innym przypadku uważam to za nadużycie. Przede wszystkim tytułując się “architektem”już na wstępie wprowadzasz swojego klienta w błąd na temat swojego wykształcenia. Nie każdy jest oblatany na temat nadawania tytułów. Nie każdy wie, że de facto takiego tytułu nie ma. I zakłada sobie taki przeciętny Kowalski, że taki architekt wnętrz jest po studiach wyższych. A niekoniecznie tak jest, bo on np. zrobił sobie kurs weekendowy z branży architektura wnętrz to się tak nazwie.I nie chodzi tu o to jakie ma umijętności, bo ta osoba może być w tym całkiem zajebista. ale chodzi o sam fakt przypisywania sobie tytułu, który brzydko mówiąc “się nie należy”. Ja też mogę być całkiem zajbista w projektowaniu domków jednorodzinnych, ale niestety bez studiów wyższych i zdobyciu uprawnień nie mogę o sobie mówić, że jestem architektem. I każdy uważa to za oczywiste. Nikomu tego nie trzeba tłumaczyć.

            Wrzucam Ci tutaj fragment, z wikipedii (ale sprawdzałam tę informację kiedyś także w Dolnośląskiej Izbie Architektów)

            “Tytuł architekt
            W Polsce tytuł architekta jest wydawany wyłącznie w połączeniu z tytułem inżynier lub tytułami magister inżynier. Polskie uczelnie wyższe przyznają go osobom, które ukończyły odpowiedni kierunek studiów. Po uzyskaniu dyplomu I stopnia jest to tytuł inżynier architekt, po uzyskaniu dyplomu II stopnia magister inżynier architekt[6].
            Z prawnego punktu widzenia osoby te nie są jeszcze architektami. Prawnie takie osoby określa się jako posiadające dyplom ukończenia studiów wyższych w zakresie architektury[7]. Architekt, w rozumieniu prawa polskiego, to osoba wpisana na listę izby samorządu zawodowego architektów, którą jeśli chodzi o obywateli polskich na podstawie rozporządzenia odpowiedniego ministra w porozumieniu z ministrem odpowiedzialnym za edukację, mogą zostać przede wszystkim osoby posiadające tytuł zawodowy magister inżynier architekt, magister inżynier kierunku budownictwo, a także inżynier architekt, i które zdobyły uprawnienia budowlane w specjalności architektonicznej[8].”

            Podawałam wyżej przekłady z fizjoterapeutą. Zadam po raz kolejny pytanie zatem. Czy chciałabyś aby jakiś fizjoterapeuta powiedział Ci, podczas zabiegu, że jest lekarzem fizjoterapii? Przecież fizjoterapeuci też leczą, dlaczego nie mogą być lekarzami? Czy to taki “problem”? Albo wyobrażasz sobie, że absolwent ogrodnictwa nazywa się architektem krajobrazu. W pewnym sensie podobne kierunki, oba związane z zielenią wiec jaki problem?

            Nie po to są nadawane TYTUŁY ZAWODOWY, aby ludzie sobie je zmieniali “bo tak im pasuje, BO ŁADNIE BRZMI “, albo wymyślali własne bo uważają, że jest luka na rynku do zapełnienia. To jest bardzo nie porządku wobec ludzi którzy faktycznie zajmują się architekturą i oczywiści możemy polecieć w artystyczną teorię, że to są tylko ograniczenia narzucone przez człowiek, ale po coś one są. Nie spotkałam się w żadnym kraju w Europie, ale mogę się mylić (wszystkich krajów nie znam), aby ludzie samowolnie stworzyli sobie jaki tytuł zawodowy.

            Przepraszam za dość długi wpis ale chciałam żeby był on konkretny.

            I od razu uściślam. Nie mam kompletnie nic do zajmujących się projektowaniem wnętrz, uważam, ze często robią świetną robotę i jakbym miała urządzać swoje mieszkanie czy dom chętnie taką osobę bym zatrudniła, bo uważam że kompetentna osoba porodziłaby mi takie rozwiązania na które sam bym nie wpadła.

          • A jesli mam tytul mgr inz. Arch. I od 10lat projektuje tylko wnetrza to zasluguje na tyt. Architekta Wnetrz?

        • Z góry przepraszam za ewentualne błędy czy literówki, ale myślałam, że będę mogła post później jakoś edytować.

          Pozdrawiam serdecznie
          MentalnaS.

  • Kocham Twoje felietony, to powinna być lektura obowiązkowa na naszym kierunku studiów! :D Pozdrawiam serdecznie!

  • A wiecie co zauważam? (Btw jestem ten Typ z “biurem projektowym”) Nadchodzi pokolenie, które będzie zlecać wszystko. Od A-Z. I dla wygody i dlatego, że nie lubi bawić się w Zosię Samosię. Mijają czasy “Zrobię Lepiej”, bo ludzie nie mają czasu na naukę nowej wiedzy i ochoty na wpadki ,)
    Głowy do góry!

  • skończyłam architekturę wnętrz i mam tytuł architekta wnętrz. Wg tego co mówisz to na takiej samej zasadzie architekci nie powinni nazywać się architektami wnętrz, ponieważ nie skończyli wnętrz tylko architekturę i tez może być to nie w porządku w stosunku do absolwentów architektury wnętrz oraz wprowadzać w błąd klienta

    • Wydaje mi się, że stosowne jest jeśli każdy tytułuje się zgodnie ze swoim wyuczonym zawodem :) Takie rozróżnienie to przede wszystkim ułatwienie dla klientów, którzy są w stanie zorientować się czym dana osoba się zajmuje. Nie wiem, czemu wciąż wzbudza to konflikty w architektonicznym świecie, skoro w życiu bez problemu rozróżniamy lekarzy onkologów, pediatrów i stomatologów.

  • Hmm… Studiuję architekturę wnętrz na profilu praktycznym (tj. w każdym semestrze mam do wykonania ok 8 różnych projektów z pełna dokumentacją, itp. nie tylko wnętrz) na jednej z prywatnych uczelni wyższych cieszącej się dobrą opinią i mogącą się pochwalić dużymi osiągnięciami wśród swoich absolwentów. Jednak od samego początku studiów mam WSZYSTKIE zajęcia z urbanistami, mamy jeden wspólny plan. Pod koniec tamtego roku uczelnia postarała sie o możliwość nadawania swoim studentom tytułu architekta ( nie wiem jakie warunki musiała spełnić). W związku z powyższym urbaniści po ukończeniu studiów otrzymują tytuł inż.arch., a wnętrzarze mają tylko licencjat mimo identycznego toku studiów. Proszę wytłumacz mi wiec gdzie tu logika i jakim prawem nie mogę nazywać sie architektem wnetrz mimo tego, że mam taką samą wiedzę jak urbaniści …